Sojusz Lewicy Demokratycznej

Ostatnie wydarzenia

Agnieszka Wołk-Łaniewska - On jest Antoni, nikt go nie dogoni

dodano 2017-03-14 18:01 w kategorii: Ludzie

     O tym, czy bezkarność ministra obrony odbije się w końcu czkawką PiS-owi.

   Większość przeciwników Dobrej Zmiany skłonnych jest postrzegać cały czas rządów PiS jako jedną wielką czarną dziurę, w którą wpadliśmy w listopadzie 2015. Osobiście, jako entuzjastka studiów nad psychologią zła, uważam ten obraz za nadmiernie uproszczony. Istnieje różnica między złem popełnianym „w imię sprawy” i złem popełnianym, „bo można”. Między działaniem ideologicznym i czymś, co Zimbardo nazywa „efektem Lucyfera” – wynikiem wpływu demoralizujących okoliczności na ludzi, którzy w normalnych warunkach mogli uchodzić za przyzwoitych.

   Otóż działania PiS sprzed roku – skok na Trybunał Konstytucyjny i media publiczne, ustawa inwigilacyjna czy przejęcie prokuratury – były to działania śmiertelnie niebezpieczne z punktu widzenia demokracji i nadzwyczajnie bezczelne, ale łączył je wspólny cel, który w oczach władzy uchodził niewątpliwie za cel wyższy.

   PiS – a w zasadzie Jarosław Kaczyński – szedł do władzy z jasno wyznaczoną wizją państwa, którą można nazwać „narodowym socjalizmem w wersji light”. Light czy classic – składniki są podobne: połączenie prawicowej organizacji państwa z lewicową polityką społeczno-gospodarczą. Mamy więc z jednej strony zamordyzm, dążenie do totalnej kontroli obywateli, nieposzanowanie praw mniejszości, ideologiczny dyktat narodowy, konserwatyzm społeczno-obyczajowy. Z drugiej wszakże – aktywną politykę społeczną uosabianą przez program 500 plus, a także stanowcze działania propracownicze, takie jak podwyższenie płacy minimalnej i wprowadzenie minimalnej płacy godzinowej czy też wzmocnienie pozycji PIP. Czy jedno usprawiedliwia drugie? Oczywiście nie, ale skłonna jestem uwierzyć, że prezes PiS tak sądzi. Że w jego widzeniu świata obywatele są jak dzieci, które potrzebują opieki, ale i twardej ręki. Jeśli spróbujemy spojrzeć na świat oczami Jarosława Kaczyńskiego, ze wszystkimi jego zaburzeniami, obsesjami i politycznymi traumami – możemy dostrzec w tych działaniach swoistą logikę i konsekwencję.

   Jednak to, co dzieje się ostatnio – wymyka się tej logice. Dziwaczna polityka personalna  uosabiana przez postać p. Misiewicza i jego nietykalność, godny cesarza transport ministra Macierewicza i jego konsekwencje, używanie wojskowej Casy w charakterze taksówki dla premier Szydło, budzący powszechne oburzenie holokaust drzew zorganizowany przez ministra Szyszkę – to wszystko przejawy głupawej arogancji władzy, która nie mieści się w dość ascetycznej wizji quasi-totalitarnego państwa przyświecającej Jarosławowi Kaczyńskiemu. A naprawdę niepokojące jest to, że wszystkie te zjawiska łączy, w mniej czy bardziej oczywisty sposób, osoba ministra obrony narodowej.

Antoni Macierewicz/wikimedia commons

   Pomocnik aptekarza Bartłomiej Misiewicz powracający jak bumerang do pracy w MON, mimo wszystkich mniejszych i większych skandali otaczających jego nazwisko – jest przykładem tego rodzaju hucpy, który może służyć wyłącznie demonstracji. Nie wierzę w to, że Misiewicz „załatwia chłopców” dla Jarosława Kaczyńskiego, nie wierzę w absurdalne plotki o  jego homoseksualnych kontaktach z Antonim Macierewiczem – ale nie wierzę też w bezinteresowną lojalność Macierewicza, który trzyma ten ambaras w ministerstwie tylko dlatego, że młodzieniec pracuje dla niego od 16-go roku życia. Lojalność wobec szczeniaka, raz za razem wprawiającego rząd w stan najwyższego zakłopotania, nie może być, sama w sobie, wyższa niż posłuszeństwo wobec prezesa, który kilkukrotnie wyrażał się o beniaminku MON krytycznie. „Wpadki takie jak ten nieszczęsny Misiewicz nie powinny były się zdarzyć” – mówił prezes w wywiadzie opublikowanym 16 października, a już 4 dni potem wpadka wróciła do pracy MON. Także ostatnio Jarosław Kaczyński stwierdził w sposób jasny, że oczekuje, iż „Macierewicz ten problem załatwi” – a mimo tego, ani z MON, ani od rzecznika rządu nie sposób uzyskać jasnej deklaracji, iż Misiewicz został z ministerstwa zwolniony. Zamiast tego, słyszymy, że ulubieniec mediów „w tej chwili nie pracuje w MON”, gdyż „przebywa na urlopie”, co może wskazywać, że po urlopie do pracy w MON powróci. Ta sytuacja jest niewątpliwie aktem nieposłuszeństwa Antoniego Macierewicza wobec Jarosława Kaczyńskiego; co więcej, jest to akt strzelisty, będący wyraźną prowokacją, adresowaną do opinii publicznej. Fakt, że Macierewiczowi nic się w związku z tym nie stało, stanowi wyraźny sygnał zmiany równowagi sił na szczytach władzy.

   W razie zresztą, gdyby ktoś miał wątpliwości co do pełnej dowolności polityki personalnej Macierewicza – harmonijnie uzupełnia ją ujawniony parę dni temu fakt ponownego zatrudnienia na etacie w MON kolejnego „niezatapialnego pupila” szefa resortu, niejakiego Edmunda Jannigera. Rok temu, jako dwudziestolatek bez jakichkolwiek kompetencji, został on doradcą Macierewicza – ale po burzy medialnej odszedł z MON i powrócił na studia w USA. Dziś znowu ma etat w resorcie.

   Innym aktem ostentacyjnej bezkarności Antoniego Macierewicza jest złożona z trzech samochodów kolumna, która przemieszcza się polskimi drogami z szybkością pustynnego wiatru, łamiąc wszelkie przepisy – co szef MON przyznaje z pewną dumą. „Oklaski dla pana Kazimierza i całej ochrony, która jechała tak wspaniale” – ogłosił na wstępie wykładu w Rydzykowej uczelni, po tym, jak liczącą ponad 200 km trasę z Warszawy do Torunia pokonał w 100 minut. W drodze powrotnej jego rozpędzona kolumna wbiła się w samochody stojące na czerwonym świetle, powodując słynny karambol na siedem wozów i lawetę. Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż wstęp na organizowane przez Rydzyka sympozjum, w którym występował Macierewicz, był płatny – kosztował 60 zł – co oznacza, że szef MON na koszt resortu łamie przepisy, żeby umożliwić zarobek prywatnej firmie.

   Firma firmie oczywiście nierówna. Szczególne związki z ojcem Rydzykiem mogą być jedną z przyczyn nietykalności Antoniego Macierewicza – i nie tylko jego.

   Ostatnie dni przyniosły inny skandal, który poruszył wielu obywateli, także wyborców Prawa i Sprawiedliwości: wyrzynanie drzew przez właścicieli działek. Konstrukcja przepisu pozwoliła na likwidację wielu lokalnych mini-parków, służących miejskim emerytom do spacerów z psami lub bez. Widząc skwery zamienione w ścierniska, podświadomie oczekiwałam jakiejś reakcji Jarosława Kaczyńskiego, który wprawdzie głosował za tym przepisem, ale zapewne nie zdawał sobie sprawy z rozmiaru drzewobójstwa, który on spowoduje. Znamionujące pełen leseferyzm hasło „posadziłeś, masz prawo wyciąć”, którym minister Szyszko tłumaczy drzewny pogrom, musiało, jak sadziłam, drażnić prezesa, który – w swoim dość socjalistycznym postrzeganiu porządku rzeczy – instynktownie przedkłada „służenie dobru wspólnemu” nad „święte prawo własności”. I rzeczywiście: na poniedziałkowym spotkaniu ze stołecznym aktywem PiS Jarosław Kaczyński skrytykował Szyszkowe przepisy, uznając je za owoc „pewnego rodzaju lobbingu” – grzech w oczach prezesa niewybaczalny – i zapowiedział ich zmianę.

   I co zrobił minister Szyszko? Czy przeprosił lud za odebranie mu terenów rekreacyjnych, oskarżając niepodpowiedzianych właścicieli działek o wypaczenie dobrego prawa i dodając dla dobrej miary, że chodzi o  chciwców, którzy nabyli ziemię z rąk Platformy w drodze dzikiej reprywatyzacji? (Co skądinąd jest prawdą – przynajmniej jeśli chodzi o działkę pod stołecznym urzędem śródmiejskim.) Otóż nie. Minister Szyszko udał się do Telewizji Trwam, żeby ogłosić, że przepis jest znakomity, wyborcy się go „domagali” i on, jako minister, „serdecznie go popiera”. Nie wątpię, że ojciec dyrektor, jako posiadacz wielu nieruchomości, podziela to stanowisko ministra – a ogłoszenie go akurat w Telewizji Trwam, w parę godzin po stanowczej krytyce ze strony szefa PiS, jest wyraźnym sygnałem, że słowo Jarosława Kaczyńskiego nie jest święte ani dla Rydzyka, ani dla Szyszki.

   A przy tym warto zauważyć, że toruńskie plecy nie są jedynym, co łączy Antoniego Macierewicza z Janem Szyszko. Przyjęte jesienią z inicjatywy Szyszki zmiany w prawie łowieckim stanowią, że właściciel ziemi nie może zabronić polowania na swoim gruncie, a myśliwi mogą przegnać każdego, kto przeszkadza im w rekreacyjnym zabijaniu zwierząt. Niezwykle raduje to  koła łowieckie, stanowiące naturalny rezerwuar ukochanego dziecka Macierewicza: Wojsk Obrony Terytorialnej. Ten dość szczególny sojusz między ministrem wojny i ministrem środowiska, które wojna – a także przygotowania do niej – nieuchronnie niszczą, został obwieszczony przez Szyszkę, który tłumacząc swoje zmiany w prawie łowieckim ogłosił radośnie, że myśliwi to naturalna obrona terytorialna kraju, bo jest ich ponad 100 tysięcy, a każdy ma po kilka sztuk broni.

   No i wreszcie jest dziwaczna i mocno nielegalna uprzejmość, którą Antoni Macierewicz wyświadcza Beacie Szydło, fundując jej podwodę do domu i z powrotem wojskowym samolotem.  „Rzeczpospolita” twierdzi, że Szydło lata Casą co tydzień, choć wojskowe samoloty transportowe nie znajdują się  w wykazie środków transportu powietrznego dla najważniejszych osób w państwie i ewentualne ich wykorzystanie w tym celu możliwe jest wyłącznie w podróżach służbowych i wiąże się z obowiązkiem bardzo czaso- i kosztochłonnego uzyskania statusu HEAD. „Niestety, nie udzielamy żadnych informacji na temat lotów HEAD” – odpowiedziało Dowództwo Generalne Sił Zbrojnych na pytania „Rz”.

   Warto pamiętać, iż Beata Szydło nie chciała Macierewicza w swoim rządzie – w kampanii zapewniała, że szefem MON będzie Jarosław Gowin, po kampanii prezes wysłał ją na urlop akurat wtedy, kiedy meblował jej resorty siłowe. Trudno też, żeby nie znała opinii dotyczących jej bezsilności wobec Macierewicza. Jeśli mimo tego korzysta z jego uprzejmości – wiedząc że może jej się to odbić czkawką, tak jak odbiło się zdecydowanie bardziej popularnemu w mediach premierowi Tuskowi – to zdaje się wskazywać na kompletną kapitulację szefowej rządu wobec swego niesfornego podwładnego.  

   Podobną postawę wobec Antoniego Macierewicza wykazuje, jak słyszymy, generalny zwierzchnik sił zbrojnych. W weekend „Gazeta Wyborcza” doniosła, że jesienią szef MON zakazał generałom bezpośredniego kontaktu z prezydentem RP, a i sam się do tego kontaktu nie kwapi: ostatnio szef sejmowej komisji obrony poinformował posłów, że minister wyszedł z jej posiedzenia, bo był umówiony z prezydentem, a „przełożył już dwa razy”. „Wygląda na to, że prezydent pogodził się już z faktem, iż nie ma wpływu ma sytuację w wojsku” – mówi informator „GW” w Pałacu.

   Kapitulacja prezydenta wydaje się w pełni zrozumiała – skoro Macierewicz nie liczy się ani z prezesem, ani z premierem, czemu miałby się liczyć akurat z nim? Ciekawsze jest oczywiście inne pytanie: co decyduje o tak silnej pozycji Antoniego Macierewicza? I, co ważniejsze, co Macierewicz zamierza z nią zrobić?

   Odpowiedź na to pierwsze pytanie pozostaje w sferze dość ponurych plotek. Jedni sądzą, że szef MON dysponuje kwitami na ojca prezesa, inni – że na matkę, jeszcze inni przytaczają pogłoskę o fatalnym stanie zdrowia Jarosława Kaczyńskiego i jego powolnym wycofywaniu się z polityki. Ludzie większej wiary głoszą, że Kaczyński wierzy Macierewiczowi, bo Macierewicz wierzy w zamach i jako jedyny twardo walczy o prawdę o Smoleńsku. W sumie jednak, niezależnie od tego, co powoduje nietykalność Macierewicza – jest ona faktem i nie ma co na ten temat spekulować. Ciekawsze jest to, co może z niej wyniknąć.

   Osobiście uważam Antoniego Macierewicza za fatalny przypadek syndromu Piotrusia Pana – mężczyzny, który odmawia wkroczenia w dorosłość. Stąd jego fantazja o budowie armii podwórkowej i dziecięca zachłanność w planowaniu liczebności tej armii,  brak poczucia śmieszności, który pozwalał na udowadnianie teorii zamachu za pomocą parówek, stąd wybryki w stylu oskarżenia Egiptu o sprzedanie Rosji kupionych od Francji mistrali, czy też groteskowe fragmenty w raporcie z likwidacji WSI. Ale niedojrzałość nie wyklucza ambicji politycznych, a nawet je wspomaga. Macierewicz ma w swoim ręku prawie 40-milionowy budżet, którym dysponuje dość dowolnie – świadczy o tym choćby historia przetargów na śmigłowce. Ma życzliwość wojska – na wstępie rozdał  kilkanaście tysięcy  awansów i w armii mówi się, że tak dobrze nie było od czasów Jaruzelskiego; odmiennego zdania jest jedynie część najwyższej kadry, a tę szef MON właśnie wymienia. Ma – potencjalnie – 53 tysiące prywatnej armii podwórkowej, którą może kształtować na obraz i podobieństwo własne za parę miliardów z pieniędzy podatników. Dla swej armii Macierewicz  buduje zaplecze logistyczne, przejmując rozmaite obiekty – trochę jak w grze w Monopol. Przejął upadającą fabrykę autobusów Autosan w Sanoku, 500 hektarów po Szkolnym Pułku Śmigłowcowym w Nowym Mieście, bankrutujące lotnisko w Bydgoszczy, zamknięty szpital w Krośnie Odrzańskim. Ekonomicznego sensu nie ma w tym za grosz, ale MON na to stać.

   I cały ten potencjał militarny znajduje się w ręku faceta, który potrafi na serio ogłosić, na największej międzynarodowej konferencji ws. bezpieczeństwa na świecie, że Rosja zamordowała dwóch polskich prezydentów i trzeba dać odpór jej agresji. I jest to facet, którego już nikt i nic nie kontroluje.

   Nie wiem, jak Państwo, ale ja – stając wobec wyboru z gatunku „sraczka czy przemarsz wojska” – wolę żyć w dobrej zmianie zarządzanej przez Jarosława Kaczyńskiego niż w strefie zmilitaryzowanej przez Antoniego Macierewicza.

   Boziu, daj zdrówko Panu Prezesowi.

   Agnieszka Wołk-Łaniewska; portal STRAJK.eu

   Fot; Facebook

 

 



Komentarze

Wydarzenia

Strony
wojewódzkie
SLD

Wybierz na mapie województwo, aby przejść dalej.