Sojusz Lewicy Demokratycznej

Ostatnie wydarzenia

Jerzy Wenderlich: SLD oczekuje na wyznaczenie dobrego kierunku

dodano 2015-12-07 08:18 w kategorii: Kraj

Z byłym wicemarszałkiem sejmu z ramienia SLD, Jerzym Wenderlichem, rozmawia Marek Barański.
 
Jaki jest pański stosunek do tego, co obecnie dzieje się w SLD? Mówi się, że partia powinna się, jak najszybciej otrząsnąć z porażki i zdecydować się na kierunek dalszego marszu.
 
Nie można udawać, że rozterek, a nawet oszołomienia nie brakuje. Dużego szoku doznali może zwłaszcza ci, którzy uważali, że niosąca nadzieję formuła koalicji wyborczej coś da, że nie zawiedzie. To jest czas stawania na rozstajach dróg. Jeśli jednak zbyt długo będziemy tam tkwili, to rzeczywiście perspektywa, że lewica zacznie znowu być słyszalna, zacznie się oddalać. O tym nie tylko nie ma powodu myśleć, ale nawet nie wolno tak myśleć. Nawet, jeśli jeszcze nie jesteśmy w pełni równowagi po tym, co się stało, to trzeba się jak najszybciej pozbierać.
 
Czy jest w panu poczucie przykrej satysfakcji? O ile pamiętam należał pan do tych nielicznych, którzy namawiali, żeby nie wchodzić w koalicję, tylko utworzyć komitet wyborczy i iść do wyborów pod szyldem SLD.
 
Tak uważałem, ale dziś mówić „a nie mówiłem” byłoby zbyt łatwe. Jesteśmy w zbyt trudnej sytuacji, by wybierać łatwe pocieszanie się. Rzeczywiście byłem zwolennikiem tej koncepcji. Uważałem, że powinniśmy dołożyć starań, żeby doprosić na nasze listy kilkanaście dobrych nazwisk, które pokazywałby, że jednak jesteśmy formacją różnorodną, szerzej myślącą niż się niektórym wydaje. Uważałem, że dla SLD znów może powiać lepszy wiatr. Takie miałem przekonanie, gdy objeżdżałem Polskę, jeździłem na zaproszenia organizacji eseldowskich i tam – mnie i moich kolegów – spotykała nadspodziewana życzliwość. Wierzyłem więc, że gdybyśmy rzeczywiście zaprosili kilkanaście dobrych nazwisk i one zgodziłyby się współpracować z nami na listach, to dziś nie mielibyśmy tego zamurowanego okna na polityczny świat, bo takim oknem jest zawsze jednak parlament.
 
„Zaprosilibyśmy” to jasne, ale czy zaproszenie byłoby przyjęte? Obserwuję z bliska scenę, na której gra SLD i jakiś rodzaj może nie ostracyzmu – to za duże słowo, ale dystansu, niechęć potencjalnych partnerów do jakiegoś nadmiernego zbliżania się – to jednak w tej kampanii wyborczej było. Czy może mi się zdaje?
 
Nie, nie zdaje się panu. Oczywiście było tak. Zgoda więc – tych kilkanaście osób zaproszonych do współpracy wyborczej to było chciejstwo, marzenie. Zapewne nie wszyscy, których byśmy zaprosili, takie zaproszenie by przyjęli. Sam prowadziłem takie rozmowy z co najmniej kilkunastoma osobami, które uznawały, że formuła SLD – zwłaszcza po porażce w wyborach prezydenckich – nie jest dla nich pociągająca. Było w tym trochę racji. Wymyślenie takiej kandydatki w wyborach prezydenckich, to było przelanie czary goryczy i uwikłanie się w śmieszność, w pokazanie, że nie mamy rozeznania, czego nasi wyborcy oczekują. Późniejsze pretensje do tych, czy tamtych, że w kampanii mogli kandydatkę na prezydenta promować lepiej, to puste żarty. To jest mnie więcej tak, jakby do krawca przynieść ortalion i powiedzieć – proszę pana, oczekuję, że za miesiąc zrobi mi pan z tego futro z norek. To nie budowało zaufania. Ale to czas przeszły – smutny i dokonany i z rozszarpywania ran nic nie będzie. Trzeba o tym myśleć, ale przede wszystkim trzeba myśleć o tym, jak zawiać lepszym dla SLD wiatrem. Mamy dużo możliwości, mamy duże struktury, dobre organizacje i w tym całym smutku nie ma na szczęście jakiejś desperacji, co mówię na podstawie wielu rozmów z przewodniczącymi organizacji wojewódzkich, powiatowych, szefami kół eseldowskich. Oni tylko oczekują na wyznaczenie jakiegoś kierunku, żeby wiedzieli, że coś robimy wspólnie, a nie, że każdy oddzielnie ma szukać swoich szans.
 
Chcę się przyczepić do tego słówka „oczekują”. Uważam, że to słówko zaczyna być przekleństwem SLD. Każdy na coś czeka. Mało zaś jest tych, którzy poczuwają się do tego, żeby coś samemu zrobić. Również zapewne z tego powodu wyniki wyborów są przykre. W sumie brakowało bardzo niewiele, ale brakowało – dlatego, że nie wszyscy równo ciągnęli.
 
Myślę, że nie ma powodu, żeby obwiniać jednych, czy drugich, bo od Bałtyku do Tatr odpływała chęć głosowania na SLD. W różnych proporcjach, to prawda, ale generalnie odpływała. Widać było to już w wyborach samorządowych. Bez względu na przeszłe przewagi SLD wszystkie oceny oscylowały od trzy minus do trzy plus. Szału nie było. Odpływ chęci głosowania na SLD miał charakter ogólnopolski i dzielenie teraz organizacji partyjnych na lepsze i gorsze nie jest twórcze. A wracając do słowa „oczekują”. Myślę, że czekają na kierunek, wiedzą, że polityka, to gra zespołowa i coś musimy postanowić wspólnie. W tym czekaniu nie ma przecież rezerwy – że będziemy czekać, patrzeć i oceniać. To jest czekanie na plan działania, na jakąś wspólną receptę, żeby wspólnie ją realizować.
 
Kierunek, jaki się rysuje to: razem, bądź osobno. Kontynuujemy projekt Zjednoczona Lewica, czy skupiamy się pod sztandarem SLD, odbudowujemy siły i zapraszamy chętnych do współpracy.
 
Ta Zjednoczona Lewica, to przecież też nie był torcik wedlowski. Powiedzmy sobie szczerze – była to chęć poszukiwania czegoś innego, bo SLD miało momentami 3-4 proc. poparcia, ale nie była to droga po różach. Zjednoczona Lewica, to była próba ucieczki do przodu, szukania jakiejś szansy. Myślę, że teraz, po przejściach, Sojusz musi jednak umocnić się sam. Kiedy się popatrzy na wyniki wyborcze, to wyniki członków SLD budowały listy, budowały poparcie, zaś wyniki koalicjantów – z drobnymi wyjątkami – były marnej jakości.
 
Panu może nie wypada, ale ja mogę: to było żałosne…
 
Myślę, że to był błąd, że takim koalicjantom Zjednoczonej Lewicy pozwoliliśmy na tak dużo. Miejsca na listach przyznawane były często bezmyślnie, bez rozeznania mocy kandydata, jego znaczenia w środowisku. Ja w swojej karierze pokazywałem, że miejsca nie mają pierwszorzędnego znaczenia, ale z drugiej strony, to pierwsze miejsce jest prestiżowe, więc powinien dostać je ktoś, czyje nazwisko coś wyborcom mówi. Tymczasem koalicjanci wysuwali kandydatów bez twarzy i bez nazwiska. Wysuwali osoby, które poza najbliższą rodziną nie były nikomu znane. Nie było też wiadomo, co mają wspólnego z lewicą i wiele z takich osób rzeczywiście z lewicą się bynajmniej nie kojarzyło.
 
Sztab wyborczy popełnił grzech naiwności i zaniechania?
 
Nie jestem zwolennikiem odpowiedzialności jednej grupy. Nigdy nie byłem zwolennikiem takiej odpowiedzialności. Odpowiedzialność jest wspólna. Sztab nie mógł przerobić takich kandydatów, o jakich mówimy, na towar lepszej jakości. Oni byli, jacy byli. Może więc zabrakło determinacji przed sporządzeniem list, a nie później, po wyborach? Jest pan wymieniany jako jeden z trzech kandydatów na przyszłego przewodniczącego SLD. Mówi się o Czarzastym, Gawkowskim i o panu. Pana komentarz do tego, co się mówi. – Bycie przewodniczącym, to i honor i odpowiedzialność. Jeśli w tym kontekście jestem wymieniany, to nie mam powodu, żeby się martwić.
 
Na koniec ciekawi mnie stan ducha kogoś, kto tak jak pan uzyskał rewelacyjny wynik wyborczy – najlepszy. W pokonanym polu zostawił pan konkurentów ze wszystkich partii wystawiających swoich kandydatów w pańskim regionie. Co pan sobie myśli patrząc na tych gości w Sejmie, którzy dostali się tam mając w kieszeni ledwie tysiąc, czy dwa tysiące głosów? Zresztą sądząc po jakości, jaką dodali temu Sejmowi, na więcej nie zasłużyli.
 
Jest mi bardzo przykro, bo choć, jak każdy jestem wyposażony w wiele wad, bo przecież nikt nie jest doskonały, to jednak uważam, że mój temperament, mój sposób rozmawiania z ludźmi, otwartość, predysponowała mnie do tego, by kontynuować pracę w parlamencie. Mój wynik wyborczy potwierdził, że ludzie też tego chcieli. Ten wynik potwierdził również, że można wygrywać nie tylko z Nowoczesną i panem piosenkarzem, ale i z Platformą i PiSem. Wiem, jak to się robi, udowodniłem to w swoim okręgu. Dlatego mogę powiedzieć, że wiem, iż Sojusz Lewicy Demokratycznej stać na to samo i to szybciej niż niektórym sceptykom się wydaje. Za dużo mamy zdolnych ludzi, żebyśmy mieli być na aucie. Wszystko musi się jednak dziać wspólnie, nie może być tak, że jedni krzyczą czarne, drudzy białe. Trzeba według dobrego, politycznego metronomu ustalić krok i – lewą marsz!
 
źródło: www.trybuna.eu autor: Marek Barański


Komentarze

Wydarzenia

Strony
wojewódzkie
SLD

Wybierz na mapie województwo, aby przejść dalej.

Zamknij